Indie – przewodnik po Warszawie podróżuje

Indie – przewodnik po Warszawie podróżuje

21 kwietnia 2011, godz. 14.41 czasu MOW

Właśnie siedzimy w lotniskowym Irish Pubie. Nie wiedzieliśmy, że 590 rubli to 60 zł – tyle kosztują 2 Guinessy, przynajmniej nie chrzczone. Nie obyło się bez przygód. Już na Okęciu kupując obłędne pomadki Lancome zorientowałam się, że nie mam karty kredytowej, którą płaciłam za nasze domestic flights Air India i Indigo. Opcją była szybka akcja z DHL, który ponoć może dotrzeć w 24h do dowolnego miejsca na świecie, ale ostatecznie kwestię rozwiązała moja ex pracownica JW. Udało jej się dodzwonić do Air India w Paryżu, gdzie potwierdzili, że karta kredytowa nie będzie konieczna.
Irish Pub nagle stał się tłoczny. Kim są ludzie, którzy go odwiedzają? Zdaje się, że dla większości gości to chwila oddechu w podróży służbowej. Mam wrażenie, że wyróżniamy się luzackim strojem, nastrojem, na stoliku leżą przewodniki, ja piszę. Na razie nieudolnie, chyba muszę się rozpisać. Słowa płyną gładko, ale nie są tak wyszukane i dopieszczone jak bym chciała.
O co chodzi z tym dziennikiem z podróży? Chodzi o zatrzymanie chwili. Pomysł podsunęła mi ES – moje światełko w tunelu. Jedna z najwspanialszych osób, jakie poznałam. Szkoda, że nie wpadłam na ten pomysł, gdy podróżowaliśmy po Meksyku – to była moja pierwsza egzotyczna podróż. Potem była wspaniała Hiszpania. A teraz Indie!

22 kwietnia 2011

W tym dniu ok. 03.00 dolecieliśmy do Delhi. Bagaż doleciał razem z nami, uff. Wbrew pozorom jest się z czego cieszyć – Polacy, których spotkaliśmy w naszym hotelu narzekali na zagubiony bagaż. Cóż Aeroflot nie jest najbardziej solidnym przewoźnikiem. Na pokładzie samolotu obejrzałam „Heart Breaker” – francuska komedia romantyczna. Z tym popularnym francuskim aktorem ze „Smaku życia” oraz z Vanessą Paradise. Dobrze, że nie poszłam na to do kina – dlaczego Francuzi zaczynają robić filmy w amerykańskim stylu? Właśnie za to lubię Indie – za ich indyjskość – nie europeizm i nie-amerykanizm (o ile takie słowa istnieją). Więc na lotnisku zapłaciliśmy za Prepaid taxi 399 rupii, aby zabrał nas do naszego hotelu w dzielnicy Paharganj, tuż przy New Delhi Railway Station. Według booking.com hotel nazywał się The Raj New Delhi i był zarezerwowany na 2 noce. Gdy dojechaliśmy do Arakashan Road, gdzie znajdują się niemal wszystkie hotele w tej dzielnicy okazało się, że hotel jest w przebudowie i tak naprawdę mamy rezerwację w hotelu Aura. Oczywiście nie mogliśmy w to uwierzyć i myśleliśmy, że nas oszukują – szeroko o tym pisali w przewodnikach. Jednak, gdy zadzwoniliśmy pod numer telefonu podany w potwierdzeniu rezerwacji, rzeczywiście dodzwoniliśmy się do człowieka z recepcji, z którym  wcześniej rozmawialiśmy. Jeszcze nie mieliśmy okazji sprawdzić wyciągu z karty. We’ll see.

p.s. Zrezygnowałam z redagowania tych zapisków, ale widzę, że warto poddać je niewielkiej korekcie i uporządkować luźne notatki z zeszytu. Czasami brak dokładnych dat, ale przecież to nie ma być zapis faktograficzny tylko wspomnienia wzbogacone informacjami o kraju.

c.d.
Wczorajszy dzień był pełen wrażeń. Po krótkiej drzemce w hotelu wstaliśmy na śniadanie. Do wyboru: hinduskie placki i warzywa albo kontynentalny omlet, tosty, dżem. Ja wybrałam sałatkę owocową i hinduskie przekąski. M. to samo, ale bez owoców. Do tego kawa i sok z mango.
Potem mieliśmy średnio fajną przygodę, ale może o niej później. Ten dzień był ekscytujący, ale i męczący.Dziś o wiele lepiej idzie nam odganianie nachalnych handlarzy, rikszarzy i całej masy innych naciągaczy. Przy tym czuję się dziwnie wyluzowana i pewna siebie na ulicach Delhi.
Południe miasta. Najpierw wyruszyliśmy do Lal Kot, gdzie zwiedzaliśmy kompleks budowli i sławny Qutub Minar. Jest to przykład architektury indo-islamic. Meczet Qutub ma największy minaret na świecie. Został wybudowany w 1193 r. przez sułtana Qutub-ud-din Aibak i mierzy 72,5 m.
Kolejny punkt to Bahaistyczna Lotus Temple (Bahai House of Worship) nieopodal słynnego Nehru Place. To nowa świątynia nowej religii, która chce pogodzić wszystkie religie świata. Jej kształt – lotosu-symbolizuje czystość, uniwersalizm i równość wszystkich religii. Jest to siódma i największa świątynia na świecie. Wewnątrz prezentuje się skromnie.
Następny był Humayun,s Tomb – piękny kompleks zatopiony w zieleni. To zarazem pierwszy „garden tomb” na kontynencie indyjskim, ufundowany na cześć drugiego Mughal Emperor, Humayuna przez jego żonę Hamidę Bance Begun. Zaprojektowany przez perskiego architekta w 1562 r. Jego konstrukcja stała się wzorem dla późniejszych realizacji np. Taj Mahal!
 Tego samego długiego dnia zdążyliśmy zobaczyć jeszcze Red Fort i z zewnątrz Jama Masjid (jeszcze tu wrócimy!). Przed meczetem panował niesamowity ruch, mnóstwo straganów, kramów, stoisk z ulicznymi smakołykami: szaszłykami z baraniny, zielonym ogórkiem, napojami mieszanymi na miejscu. Red Fort (Lal Qila), którego mury rozciągają się na 2 km długości i mierzą 18-33 m w górę, został zbudowany w l. 1638-1648. Nigdy nie został ukończony, gdyż stolicę przeniesiono do Agry.
Wieczorem przeszliśmy się ulicami Connaught Place. To najbardziej kosmopolityczna część Delhi ze sklepami zagranicznych marek, lokalnych luksusowych firm, restauracjami. Tam też zjedliśmy obiadokolację. Fajne miejsce, ale burżujskie – za wegetariański obiad z piwem i sokiem z mango zapłaciliśmy 1700 rupii – do rachunku doliczyli 23% VAT i 10% serwisu. Ja jadłam warzywa duszone z serkiem w maślanym sosie – delikatne i wyborne. Marcin Wild Muschrooms – pikantne i aromatyczne. Do tego placki. Jako aperitif podają paprykę chili marynowaną z imbirem oraz marynowane słodkie cebulki i zielony sos.
No i muszę się przyznać, że zapaliłam papierosa. Kupiłam Special edition Marllboro, które są słodkie! Szukałam slimów, a dostałam te za 50 rupii czyli ok 3 zł! Pozostałe używki są dużo droższe, a alkohol uważany za towar luksusowy.

co jeszcze w Delhi?

Przed wyjazdem do Agry obejrzeliśmy z zewnątrz Parliament House, Rashhapati Bhawan, India Gate i Jama Masjid od wewnątrz. Drugi obiekt to dom prezydencki – bardzo okazały podobnie jak Parlament, 340 sypialni, otoczony 130 ha ogrodem tzw. Mughal Gardens. Droga Rajpath (Kingsway) prowadzi do India Gate – monument mierzy 32 metry i jest poświęcony ok 90 tysiącom Indusów, którzy zginęli w I wojnie światowej oraz wojnie afgańsko-angielskiej w 1919 r.
Jama Masjid zbudowany został w 1658 r. przez Shah Jahan – jest to największy meczet w Indiach mogący pomieścić 25 tysięcy wiernych. Ma 3 bramy, 4 wieże i 2 minarety.
Do Agry dotarliśmy późnym popołudniem i zdążyliśmy zobaczyć z zewnątrz Akbar Tomb.Podróż była długa, ale niezwykle ciekawa, znalazłam też czas na pisanie. Na granicy pomiędzy Radżastanem a Utar Pradesh widzieliśmy hinduskich obojniaków oferujących swoje usługi (jakie?). Początkowo myślałam, że to transwestyci oferujący usługi seksualne, ale to chyba nie w takim kraju jak Indie! To tzw.hidżra, którzy tworzą swoiste bandy – pojawiają się na weselach, przy narodzinach dziecka, aby wyłudzić pieniądze za dobrą wróżbę. W przeciwnym wypadku rzucają klątwę. Hidżra byli ubrani w kolorowe sari i wyraziście umalowani. Był tam też człowiek z dwiema małpami na łańcuchu i uliczni sprzedawcy. Jadąc samochodem z kierowcą mogliśmy obserwować z okien pola, na których pasły się krowy, kozy, wielbłądy, suszyło się krowie łajno uformowane w okrągłe placki – to wszystko koloryt Indii.
Czy wspominałam, że ruch jest lewostronny? Dokładnie jak w Wielkiej Brytanii, tylko zdaje się, że nie obowiązują żadne przepisy, oprócz trzymania się nielicznej sygnalizacji świetlnej. Kierowcy trąbią wymuszając pierwszeństwo – w zasadzie używają klaksona non stop.
Nasz kierowca Mandżid przywiózł nas do Taj Home Stay – uroczego hoteliku ze znakomitą kuchnią. Za 2 obiady z piwem zapłaciliśmy 724 zł czyli niecałe 50 zł – niedrogo, choć nadal dużo jak na Indie. Potem krótki spacer i znów ktoś chciał zrobić sobie z nami zdjęcie. Potem ok. siedmioletnia dziewczynka zaczepiła nas i opowiadała o swoim mieście- piękną angielszczyzną. Widzieliśmy jak trenują cricketa. Wszyscy tu są bardzo serdeczni i wołają do nas „hello” na każdym kroku. Właściciel hotelu opowiedział nam, że krowy puszcza się wolno (samopas 😉 nie tylko dlatego, że są święte, ale też dlatego, iż wierzy się, że wolno chodząc dają więcej mleka. Właściciel takiej krowy doi ją rano i wieczorem. Ona sobie swobodnie chodzi, ale nie oddala się od domostwa na dystans większy niż 1 kilometr.
(i na koniec dygresja)
Gin ma ponoć chininę, więc to bardzo polecany drink, ale tak na serio to ja po prostu go lubię i dziś go sporo wypiłam z tutejszym odpowiednikiem Sprite’a. Jest delicious.

23 kwietnia, godz. 03.00

Obudziłam się wcześniej niż bym chciała, to pewnie po tych wieczornych drinkach, ale to nic. Właśnie słyszałam dziką małpę. Jest gorąco, nawet w nocy. Wyłączyliśmy klimatyzację i wolno chodzi wiatrak. W Indiach czuję się cząstką jakiegoś większego planu, nie czuję się wyobcowana. To dziwne, prawda? Tutaj łatwiej jest poczuć się cząstką wszechświata. Nie mogę się doczekać śniadania – tutejsze jedzenie mi służy. Wczoraj na kolację jadłam kurczaka w sosie z papryki (zielonej, łagodnej), cebuli i czosnku z plackiem. Ryż jest tu stosunkowo drogi – 200 rupii za porcję. Marcin jadł kurczaka curry – bardzo aromatyczne. Porcje są idealne, żeby zachować szczupłą sylwetkę, ale syte dzięki gęstym sosom. Dziś o wschodzie słońca jedziemy zobaczyć Taj Mahal. Potem Fatehpur Sikri.

kilka godzin później

Taj Mahal o wschodzie słońca był przepiękny. Nasz przewodnik był miły i niezbyt nachalny. Oczywiście próbował coś dodatkowo ugrać, ale poza skromnym napiwkiem nic nie dostał. Jesteśmy z powrotem w Delhi. Jestem zbyt rozleniwiona, aby pisać, może jutro w samolocie do Varanasi.

25 kwietnia 2011

Właśnie czekamy na lotnisku Indira Ghandi International na lot do Varansai (w zasadzie Kadżurajo przez Varanasi). Nie obyło się bez przygód. Ludzie tu przywożą jakieś niezliczone ilości tobołów przez co odprawa trwała w nieskończoność. Przypuszczam, że samolot będzie opóźniony.
Teraz o Taj Mahal. Budowało go 22 tysiące robotników przez 22 lata! To z powodu konstrukcji i misterności jego elementów. Taj  Mahal jest grobowcem wybudowanym przez Shah Jahan dla jego ukochanej drugiej żony Mumtaz Mahal, która urodziła mu 13 dzieci.
„a tear dropped on the cheek of eternity”
and it made the sun and the moon share tears from their eyes.
Taj Majal jest wykonany ze specjalnego marmuru i tzw. piedra dura czyli żłobione w marmurze wzory wypełnione półszlachetnymi kamieniami. W świetle poranka Taj Mahal odbija światło i mieni się biało, w południe żółto, a w świetle zachodzącego słońca różowo. Podczas pełni przypomina głowę kobiety z naszyjnikiem.
c.d.n.

c.d.

Fatehpur Sikri. Fatehpur to ruiny starożytnego miasta leżące 40 km od Agry. Przez krótki okres, bo od 1571 do 1585 r. było stolicą, gdzie urzędował Akbar. Sufi przepowiedział mu, że tu narodzi się jego potomek. Gdy się to potwierdziło, zbudował tu meczet i 3 pałace dla swoich żon. Akbar szanował wszystkie religie i na znak tego związał się z kobietami trzech wyznań: muzułmanką, chrześcijanką i hindu. Największy pałac wybudował jednak dla swojej matki.
Jama Masjid – jest przykładem wpływów perskich na architekturę hinduską. Spektakularna jest Buland Darwaza (Victory Gate), mierząca 54 metry, zbudowana na cześć zwycięstwa nad Gudżaratem. Na środku placu jest piękny grobowiec Shaikh Salim Chrishti. To miejsce ma ponoć przynosić płodność, dlatego odwiedzanie jest przez kobiety.
Kompeks Fatehpur to budynki mieszkalne oraz „rządowe”: Hall of Public Audience- Diwan-i-Am, Hall of Private Audience- Diwan-i-Khig? Sikri to głównie wspomniany wyżej meczet i brama – wstęp jest bezpłatny, więc mnóstwo tam żebrzących dzieci, sprzedawców badziewnych pamiątek i innych naciągaczy zaczepiających nas na każdym kroku.
Podróż z Agry samolotem była szybka i przyjemna. Powróciliśmy do naszego hotelu Aura, gdzie dostaliśmy lepszy pokój, większą wodę mineralną i czystszą pościel. Wieczorem wybraliśmy się na spacer ulicą. Kupiliśmy ok 200 gr orzeszków i prażonej cieciorki za ok 3 zł! Pyszne. Potem zajrzałam do małego sklepiku, aby kupić lakier do paznokci i pastę do zębów. Za jakieś 1,5 zł mam pięknie pomalowane paznokcie – na fioletowo-brokatowo. Dziś wypalam ostatniego papierosa z mojej 10-pack cigarette i robię przerwę do Goa. Nie chcę wrócić do palenia, ale tu papierosy smakują inaczej.

c.d. 25 kwietnia

25 kwietnia przylecieliśmy szczęśliwie do Varanasi liniami Air India (jedne z najtańszych). Na pokładzie serwowali świeży posiłek! Były świeże owoce pokrojone w kostkę, warzywa, ciastko z cynamonem, napoje i kawa. Na lotnisku już na miejscu okazało się, że według oficjalnego cennika podróż taksówką kosztuje 650 rupii! Ale nie mieliśmy wyboru, nie było tam tłumu taksówek i żadnych riksz. Tę porażającą jak na Indie kwotę nadrobiliśmy targując cenę za motorikszę po mieście.
Varanasi jest małe, ale mieszkają tu 2 mln mieszkańców i jest 5 uniwersytetów! Jest zatłoczone, z ogromnymi korkami i smogiem, prawie nie ma dróg, ale jest urokliwie. Tego samego popołudnia wybraliśmy się na stare miasto zobaczyć Ganga, wieczorny obrządek o godz. 19.00, odbywający się nad Gangesem. Udaliśmy się do Paśaśwamedh Ghat, gdzie oglądaliśmy godzinne modły. Potem do Manikarnika Ghat, gdzie są palone zwłoki. Widoku nie można filmować. Osoby parające się tym zajęciem należą do nietykalnych (właśnie na chwilę wysiadł prąd w hotelu India). Potem zjedliśmy kolację w Elephant Restaurant – przepyszna, aczkolwiek mój kurczak w sosie szpinakowym był nieco mdły. Marcina danie z curry i orzeszkami ziemnymi było wyborne.

26 kwietnia 2011 r.

o godz. 7.00 z przewodnikiem z rządowego biura udaliśmy się na 8-o godzinną wycieczkę. Najpierw przejażdżka łodzią po Gangesie o wschodzie słońca- niestety pogoda nie dopisała. Niebo było zachmurzone, ale i tak było cudownie (kolejny short cut, zaraz będę musiała wyciągnąć moją mini latarkę – genialny zakup). Nasz przewodnik, niestety nie pamiętam jego trudnego imienia, okazał się fantastycznym człowiekiem. Wykształcony, płynnie mówiący po angielsku, miły, opiekuńczy, uduchowiony i zrównoważony wewnętrznie. To naprawdę było widać i czuć. I loved him. Opowiedział nam mnóstwo ciekawostek, mam nadzieję, że choć część pozostanie w mojej pamięci (teraz w 2013 r. żałuję, że ich nie spisałam). Po wycieczce łodzią zwiedziliśmy 3 świątynie hinduskie i Sarnath – jedno z kluczowych miast dla buddystów. Po wycieczce sama zapytałam go o dobry sklep z jedwabiem – nawet nie wspominał o nim – nic nie chciał ugrać! Zabrał nam do hurtownika, manufaktury, a nie oszukanego sklepu, gdzie oczywiście się tragowałam. 10 tys. rupii za 3 szale damskie, 1 męski i makatkę z Ganeshem (35 dni ręcznej roboty). Stanęło na 7400 rupiach, więc chyba mogę być z siebie zadowolona. Oczywiście na ulicy lub w kramikach często realną ceną jest 1/4 wyjściowej, ale w przypadku takich manufaktur to działa inaczej. O świątyniach spróbuję jeszcze napisać, bo były fascynujące. Oczywiście do tych najciekawszych nie można było wnieść aparatu fotograficznego ani kamery – stąd pozostaną tylko wspomnienia.Wieczorem ok 19.00 udaliśmy się na obrzędy nad Gangesem, a potem wróciliśmy do hotelu i w Gardenii na dachu wypiliśmy po piwku – z kija po 85 rupii.
Najważniejszym doświadczeniem tamtego dnia było jednak spotkanie z naszym przewodnikiem, rozmowa i przebywanie z nim. Pochodzi z Varanasi. Po 2 latach spędzonych na pracy w Delhi stwierdził, że to nie dla niego i wrócił do Varanasi. Tu zrobił licencję przewodnika i modlił się do Ganesha o powodzenie-i ten go wysłuchał.Udałomu się zostać przewodnikiem i widać, że czerpie z tego z przyjemność. Mieszka na obrzeżach miasta i ma mały ogród, który uprawia. Gra na 2 instrumentach i niedługo będzie kontynuował edukację – idzie na miesięczny kurs medytacji. JEst wegetarianinem, jest zadbany i szczupły. Stał się inspiracją dla mnie. Już wiem jak wykorzystać moją pasję i znajomość języków, ukończone studia, miłość do ludzi, ciekawość świata, pęd do wiedzy i upodobanie podróżowania. Zostanę przewodnikiem miejskim po Warszawie lub i pilotem wycieczek. Hiszpański na początek, może potem włoski. Będę rozwijała to, co naprawdę mnie pasjonuje: znajomość języka, historii i architektury oraz dziedzictwa kulturowego mojego kraju – zawsze chciałam poznać je dogłębnie.

27 kwietnia 2011 r.

27 kwietnia szczęśliwie dolecieliśmy do Kadżuraho, ale z Jet Airways. Dlaczego nikt nas nie poinformował, że lot jest odwołany z powodu strajku? Mniejsza z tym. M. dostał dziś wysokiej gorączki. Ostro zaatakowała go bakteria i w zasadzie cały dzień spał i brał leki. Opiekowałam się nim i dbałam o to, aby dużo pił.

28 kwietnia 2011 r.

Zwiedzaliśmy 3 kompleksy świątynne Kadżuraho. Rikszarzowi zapłaciliśmy za kilka godzin jazdy 120 rupii. Upał był niesamowity (jesteśmy bliżej pustyni). Świątynie są przepiękne i przepełnione erotyką. Wieczorem pojechaliśmy taksówką do Satna, skąd mieliśmy pociąg do Bhopalu. Opóźnił się tylko 20 minut, co na warunki hinduskie jest luksusem.

O Bhopalu

Miasto naznaczone katastrofą i dominantą islamską nie było najmilszym punktem wycieczki. Bhopal miał być odpoczynkiem na drodze do Bombaju (przyp. do którego nie dotarliśmy z powodu strajku Air India). Cytując za wikipedią: „Katastrofa w Bhopalu miała miejsce we wczesnych godzinach rannych 3 grudnia 1984, w sercu miasta Bhopal, Indie, w stanie Madhya Pradesh[1]. W wyniku wypadku doszło do uwolnienia 40 ton izocyjanianu metylu w postaci gazu z fabryki pestycydów firmy Union Carbide. Według władz rządowych stanu Madhya Pradesh, w momencie katastrofy zmarło około 3800 osób, a kilka tysięcy doznało trwałego uszczerbku na zdrowiu[2]. Dane BBC mówią o około 3 tys. osób zmarłych natychmiast i 15 tys. w wyniku powikłań po kontakcie z uwolnioną substancją. Według ocen organizacji Greenpeace, zmarło 20 tys. osób. Katastrofa w Bhopalu jest obecnie uważane za najtragiczniejszą w skutkach awarię przemysłową[3]. Mimo że katastrofa odbiła się mniejszym echem na świecie niż katastrofa w Czarnobylu, to miała ona dużo bardziej tragiczne skutki”. Drogi jak na warunki hinduskie hotel (prawie 1400 rupii z noc) z okropną łazienką i ciągłymi przerwami w dostępie do prądu. Zrobiliśmy sobie wycieczkę do Rashliya Manar Sangrahalaya czyli archeologicznego parku z wioskami przedstawiającymi domostwa z różnych epok, plemion występujących na subkontynencie indyjskim. Zwiedziliśmy też tam całkiem ciekawe muzeum.

29 kwietnia 2011

Pojechaliśmy do Sanchi – leży 46 km na północ od Bhopalu. Pojechaliśmy tam lokalnym autobusem, co było nadzwyczajnym przeżyciem. To tu w 262 r. B.C. Ashoka zaszczepił buddyzm. Postawił Greay Stupa w miejscu narodzin jego żony. W tym spokojnym i gorącym miejscu obejrzeliśmy kilka stup i ruiny klasztorów. Wieczore udaliśmy się na lotnisko w Bhopalu za dobrą wynegocjowaną z motorikszarzem cenę 100 rupii i wtedy zaczęła nasza mało przyjemna przygoda.

noc 29/30 kwietnia 2011

Przyjechaliśmy na lotnisko ok 2h przed odlotem i okazało się, że nasz lot jest odwołany, a na lot z Jet Airways jest tylko 1 miejsce. Człowiek z Air India zdawał się robić nam łaskę, że cokolwiek nam sprawdza, po czym zamknął biuro i poszedł do domu, zostawiając nas w niepewności, czy w ogóle polecimy do Mumbaiu tego dnia. Życzliwy pasażer poinformował nas, że Air India is on strike, o czym nie wiedzieć czemu nie poinformował nas wcześniej nikt z peronelu! Nie udało się polecieć z Jet Airways i już wiedziałam, że Bombaj będziemy musieli sobie odpuścić. Jeden z managerów z Jet Airways okazał się zesłańcem niebios w tej sytuacji. Pomógł nam znaleźć w miarę tani bilet z Jet Airways z lotniska Indore przez Bombaj do Goa następnego dnia. Załatwił bezpiecznego taksówkarza, który jechał z nam w 4,5h w nocy, aba nas tam zawieźć na 03.00 nad ranem. Poczęstował mnie papierosem i dał swój nr tel.- just in case. A wszystko dzięki temu, że poszłam zapalić papierosa obok budynku lotniska, gdzie właśnie on podjechał na motorze i poprosił o ogień. Miał tylko wpaść na moment podpisać jakieś papiery, ale został z nami kilka godzin, aby pomóc. o 3.00 dojechaliśmy na lotnisko – było jeszcze zamknięte. Życzliwy strażnik pozwolił nam przespać się w swoim samochodzie, który stał na parkingu. Szczęśliwie dolecieliśmy do Bombaju, gdzie kupiłam hinduską książkę kucharską i kilka drobiazgów. Lot do Goa też odbył się pomyślnie i tym sposobem od wczoraj (1 maja) jesteśmy w raju. Nie było problemu z dodatkową nocą w hotelu, który zarezerwowaliśmy – Soul Vacation Resort. Właściwie to nie hotel tylko kompleks jednopiętrowych bielonych budyneczków z pięknymi dużymi pokojami i ogromnymi łazienkami z garderobą. 2 bary, spa, basen, a to wszystko skąpane w bujnej i pięknie utrzymanej zieleni. Podziwialiśmy zachód słońca i zjedliśmy świeżo wyłowione king prawns w restauracji na plaży – 2 porcje z ryżem, frytkami i warzywami za 700 rupii, piwo 0,6l King Fisher – sztuka za 70 rupii. Pyszne – jedyny mankament to używany przez nich olej.

2 maja 2011 r.

Rano zjedliśmy wyborne śniadanie. Ja owoce: melon, ananas, arbuz, sok z lichi i jakieś hinduskie mieszanki warzyw w pikantnym sosie. Teraz leżymy w czymś, co nazywają tu cabańas przy hotelowym basenie. Na plażę jest jeszcze zbyt gorąco. Jutro jedziemy na wycieczkę autokarem widokowym- trwa prawie cały dzień. W piątek wyjazd, więc przed nami jeszcze kilka udanych leniwych dni w raju.

4 maja 2011 r.

Wczorajsza wycieczka była całkiem ciekawa. Widzieliśmy 2 świątynie hinduskie, XVI-o wieczny kościół katolicki z relikwiami św. Franciszka Ksawerego. Zwiedzaliśmy również portugalski dom kolonialny i coś na kształt wioski, gdzie było pokazane jak żyli Indusi podczas portugalskiego panowania. Widzieliśmy też posąg Dońi Pauli wzniesiony przy punkcie widokowym nieopodal portu znajdującego się przy stolicy Goa Panadżi. Zakupiliśmy też 2 typowe trunki z tych stron: Fenny Coconut i Fenny Cashewnuts. W porze lunchu jedliśmy z lokalesami wegetariańskie dania z ryżem. Za całość plus piwo zapłaciliśmy 340 rupii! Stosunkowo drogie są posiłki nad morzem, ale i tak w fantastycznych cenach, jeśli chcielibyśmy zjeść takie owoce morza gdziekolwiek w Europie. Ja jadłam Baby Shark – cały za 450 rupii. Tyle samo Marcin zapłacił za 4 Tiger Prawns. Drinki tu robią niesmaczne. Przeciwwagą dla nich są wyborne drinki w naszym Sunset Bar w ours Vacation Soul. Dziś idziemy na homara (lobster) do naszej ulubionej knajpki czyli Sonorina. Dziś też idę na masaż i zabieg na twarz „for oily skin”. Jutro kolejna wycieczka – tym razem głównie po plażach północnego Goa +doplhin boat i godzinny rejs Cruis’em. A i jeszcze widzieliśmy wczoraj Mirabar Beach i cieszę się, że jesteśmy na Colva. Ta bajeczna to podobno Calangute – maybe next time! Kiedyś na pewno tu wrócimy, oby ceny nie poszły w górę. Off season jest dobry, aby odpocząć od zgiełku, ale zabawy ani dyskotek tu nie uraczysz. Sezon na zabawę to listopad-luty. Z tego, co pamiętam ceny biletów lotniczych są zbliżone, ale ceny lokalne idą w górę i za Baby Shark zapłaciłabym 2 razy tyle.

5 maja 2011 r.

Ajurwedyjski masaż wykonywany przez 2 kobiety był cudowny. Do tego zabieg na twarz normalizujący wydzielanie sebum. Na lunch koktajl krewetkowy, na obiado-kolację homar – wykwintnie i przepysznie! To był leniwy i przyjemny dzień. Codziennie na śniadanie jemy owoce. Na kolejne posiłki praktycznie tylko ryby i owoce morza lub dania z warzyw.

6 maja 2011

Wczoraj zwiedzaliśmy North Goa- głównie plaże plus rejs po rzece – tzw. Dolphin Trip. So, nawet widzieliśmy 3 delfiny, ale w sumie wycieczka była krótka i mało „natchniona”. Widzieliśmy Rocky Beach, Coconur B. i inne plaże, no i oczywiście Calangute, ale wcale szczególnie nam nie przypadła do gustu. Nasza Colva jest super.
Po wycieczce wzięliśmy szybki prysznic i zjedliśmy Boar Fish w knajpce Papillon. Świetnie przyrządzona w sosie czosnkowo-limonkowym.
Dziś po zapłaceniu rachunku w Soul Beach Resort okazało się, że zostało nam sporo pieniędzy. Zostawiliśmy przyzwoite napiwki i zamówiłam Goacoladę czyli ichniejszą Pińacoladę – w życiu nie piłam lepszej! M. wypił świetne Mojito.  W Sucarin’ie (?) zjedliśmy doskonałą rybę, do tego piwko i lekko podchmieleni z widokiem naszej plaży w głowie pośpieszyliśmy do taksówki.
Właśnie czekamy na lotnisku w Goa (Benaulim?) na nasz lot do Delhi. Na szczęście lot, tfu tfu, nie jest odwołany, bo przygód z samolotami mamy już dość. Na lotnisku spędziliśmy kilka ładnych godzin. To był cudowny wypoczynek i wspaniałe 2 tygodnie.

Share this post

Leave a comment

Your email address will not be published.